Express-Miejski.pl

Ręce trzęsły się podczas śniadania. Bałem się, że coś wybuchnie [REPORTAŻ]

Marek Majewski - technolog i specjalista BHP z naczyniem do przenoszenia nitrogliceryny fot.: bom

Zobacz wszystkie zdjęcia w galerii

W latach 70. Wojciech Albanowicz pracował w fabryce amunicji w Pionkach. Wybuch w zakładzie spowodował silny stres i wymusił zwolnienie z pracy.

Po eksplozji na wydziale prochu bezdymnego pracownik Zakładów Tworzyw Sztucznych „Pronit – Erg” w Pionkach zwolnił się z pracy i wyjechał na Dolny Śląsk. Obecnie mieszka z rodziną w Kłodzku. Przez wiele lat pracował w kopalni w Nowej Rudzie.

- Wybrałem pracę pod ziemią, choć była również niebezpieczna. Dziś jestem na emeryturze. W „Pronicie” bałem się, że coś wybuchnie. Podczas przerwy śniadaniowej trzęsły mi się ręce. Kłopoty ze zdrowiem mieli też ludzie pracujący przy pakowaniu trotylu – opowiada Wojciech Albanowicz.

Czy pracownik miał rację, że z Pionek przeprowadził się do Kłodzka? W latach 90. podczas transformacji systemowej prawie wszystkie państwowe zakłady o znaczeniu strategicznym zredukowały liczbę wydziałów i pracowników. Kopalnia w Nowej Rudzie już nie istnieje. Liczbę wydziałów okroił też Pronit. 10 lat temu ogłoszono jego upadłość. Likwidacją zajął się syndyk. Wcześniej zamknięto wydział produkcji płyt winylowych, materiałów wybuchowych dla górnictwa czy środków chemicznych do inicjowania zapalników.

W sortowni spłonęło 18 kobiet

Zakłady chemiczne w Pionkach istnieją od 1923 roku. W sierpniu 2014 odwiedziliśmy zakład. O wypadkach i historii rozmawialiśmy ze specjalistą BHP.

- Do największej tragedii doszło w 1937 roku. Na wydziale sortowni prochu wybuchł pył. Zginęło osiemnaście kobiet. Wszystkie zmarły od ciężkich poparzeń. Budynek, w którym zapalił się proch do dzisiaj istnieje i jak dawniej odbywa się w nim sortowanie – opowiada Marek Majewski, technolog materiałów wybuchowych i specjalista BHP w Zakładach Produkcji Specjalnej w Pionkach.

W 1952 roku w zakładzie produkującym amunicję myśliwską wybucha dozownik prochu. W wypadku ginie jeden pracownik. W 1972 roku na wydziale wojskowym wybucha i zapala się ponad tona masy do świec dymnych. Poparzonych zostaje dziesięć osób. Do kolejnej tragedii dochodzi w 1972 roku. Wybucha bunkier, w którym mieszane są składniki do górniczych materiałów wybuchowych (nitrogliceryna, saletra amonowa, mączka drzewna). Ginie czterech pracowników.

- Poprodukcyjne resztki amonitu nasączonego nitrogliceryną pracownicy zamiast do pojemnika wyrzucali do studzienki kanalizacyjnej. Myśleli, że odpady rozpuści woda. Jednak lato tego roku było wyjątkowe suche i upalne. Resztki w studzience stały się tykającą bombą – relacjonuje Krzysztof Boryczko, pracownik pionu technicznego dawnego „Pronitu”.  

Jeden z pracowników nieświadomie wrzucił do studzienki niedopałek. W kanale zapalił się amonit, a ogień natychmiast przedostał się do mieszalni i wyfuknął pod wanną z nitrogliceryną. Specjalna komisja orzekła, że wybuch nastąpił z powodu zaniedbań pracowników.

-  Okazało się, że przed wypadkiem pomimo zakazu palenia papierosów poza wyznaczoną palarnią w budynku Z-1, niektórzy pracownicy nie przestrzegali tego zakazu. Prowadzone postępowanie prokuratorskie wykazało, że na budynkach produkcyjnych i pomiędzy nimi znaleziono niedopałki papierosów oraz wypalone zapałki, co potwierdzało nieprzestrzeganie obowiązujących reguł przez pracowników i brak należytego nadzoru ze strony kadry technicznej – dodaje Andrzej Majewski.

W mieszalni wybuchło ok. 1200 kg silnego amonitu skalnego. Zniszczony został cały obiekt. Po wypadku służby BHP rygorystycznie sprawdzały, czy zakaz palenia jest przestrzegany. Pracownicy, którzy złamali prawo musieli liczyć się z poważnymi konsekwencjami - łącznie ze zwolnieniem z pracy.

W „Pronicie” nadal giną ludzie

I choć część wydziałów w dawnym „Pronicie” jest nieczynna, w ciągu ostatnich 3 tal zginęły tam trzy osoby.

- Zakład zajmuje ogromną przestrzeń na terenach leśnych. Nie ma już strażników w budkach wartowniczych, ani patroli wojskowych. W wielu miejscach płot jest dziurawy. Każdy może swobodnie wejść na nieczynny wydział, w którym produkowano niebezpieczne substancje np. nitrocelulozę. Strzeżone są wyłącznie magazyny i hale, w którym znajduje się plastik, heksogen czy nitrogliceryna – mówi Bogusław Barski, dawny pracownik straży przemysłowej.

3 lata temu na terenie opuszczonego obiektu, w którym produkowano czułe materiały wybuchowe do spłonek, ginie młody mieszkaniec Pionek. Z obrażeń wynika, że mężczyzna mógł otwierać słoik, w którym znajdowała się groźna substancja. W 2012 roku w jednym z obiektów, gdzie znajdowały się resztki nitrocelulozy ginie dwóch „złomiarzy”. Iskra spowodowała zapłon materiału. Mężczyźni ulegli ciężkim poparzeniom. Do zapłonu doszło, kiedy odcinali fragment żeliwnego kotła.

- Odpady nitrocelulozy znaleziono w wielu miejscach m.in. w kanałach łączących budynki, w budynkach, betonowych wannach po zbiornikach, studzienkach kanalizacyjnych i redukcyjnych. Były także w metalowych beczkach pozostawionych w zaroślach w oddali za budynkami. Znajdowały się w także w postaci luźnej, rozsypane na ziemi – opowiada Marek Majewski.

Minęła już dekada od likwidacji „Pronitu”, a odpady materiałów wybuchowych nadal znajdują się na terenie dawnego zakładu. Wiele osób obwinia o to syndyka i urząd miejski. Kilka lat temu w zakładzie powstała izba pamięci. Znajduje się w niej dokumentacja, zdjęcia i zapiski historyczne. Zgromadzono też kilka unikatowych przedmiotów np. pojemnik, w którym przenoszono nitroglicerynę, gilzy po amunicji czy próbki prochu. Izba się powiększa. Odwiedzają ją szkoły oraz delegacje wojskowych i osób zajmujących się historią.

 PS. Nazwiska, niektórych osób zostały zmienione

Jacek Bomersbach

1

Dodaj komentarz

Dodając komentarz akceptujesz regulamin forum

KOMENTARZE powiadamiaj mnie o nowych komentarzach

  • Ręce trzęsły się podczas śniadania. Bałem się, że coś wybuchnie [REPORTAŻ]

    2020-08-09 18:37:40

    gość: ~wwwww

    ostatnio dodany post

    drugi bejrut

REKLAMA


REKLAMA